bild

bild

wtorek, 4 sierpnia 2015

Jak przeprowadzki zmieniły moje podejście do posiadania

W swoim życiu przeprowadzałam się już ok. dziesięciu razy. Były to przeprowadzki na studia, w trakcie studiów, ze względów zawodowych i uczuciowych. Te pierwsze nie były wyzwaniem (chyba, że logistycznym), gdyż nadal znaczną część rzeczy zostawiałam w domu rodzinnym, gdzie w moim pustym pokoju zawsze można było coś magazynować. Jeszcze na pierwszym roku studiów byłam w stanie spakować rzeczy, które miałam przy sobie w jedną dużą walizkę i jedną torbę, z którymi wracałam pociągiem do domu na wakacje. Rzadsze powroty do domu zmusiły mnie do gromadzenia wokół siebie większej ilości rzeczy z domu rodzinnego, bo nie można było już „wstąpić” po cieplejszą kurtkę lub jakąś patelnię. Nadal jednak wszystko mieściło się w granicach rozsądku i jadąc trzy razy tramwajem byłam w stanie zabrać te rzeczy ze sobą. Do dzisiaj – od 8 lat jestem też szczęśliwym nie-posiadaczem telewizora.

Kiedy zamieszkałam z moim mężem już w innym kraju trzeba było „oczyścić” dom rodzinny i zabrać wszystko, co do mnie należy. Nagle zdałam sobie sprawę z ilości rzeczy, jakie posiadam. Prawdziwą zmorą były ubrania i zgromadzony papier, ale też wiele nietrafionych prezentów, artykułów papierniczych, pamiątek. Mój mąż nie był lepszy, posiadał ogromną ilość mebli (w tym antyków), piekarnik, zmywarkę, talerze i kubki w ilości, której nie powstydziłaby się żadna kobieta.
Kolejna przeprowadzka, kiedy trzeba było „wyliczyć” ile mebli potrzebujemy, aby zmieścić nasze rzeczy mocno wyeksploatowała wszelkie zdolności logistyczne, jakie posiadałam. Byłam zmęczona pakowaniem, pakowaniem i pakowaniem, któremu nie było końca. Zanim zgromadziliśmy na nowo meble potrzebne do magazynowania tych rzeczy, trzeba było zacząć już myśleć o kolejnej przeprowadzce.

Było to naprawdę przytłaczające uczucie.

Bodajże Marie Kondo w swojej książce „Magia sprzątania” również wspomina o pułapce polegającej na wdrażaniu coraz to nowych pomysłów na magazynowanie, segregowanie itd., aby odwlec moment „wyboru” potrzebnych rzeczy w czasie. Niedźwiedzią przysługę oddają nam sklepy typu Ikea, które zawsze oferują jakieś mądre rozwiązania dla zdesperowanych.


Przed nami kolejna przeprowadzka, tym razem z ilością mebli zredukowaną o ¾. Mój mąż jest w stanie przedzawałowym, że nowe mieszkanie będzie przez to puste. ;) Wiem jednak, że jest to jedyny moment, by pozbyć się rzeczy, które wywołują w nas poczucie obowiązku, przytłaczają nas, których nie potrafimy się pozbyć z niewiadomych przyczyn. Jestem ciekawa ile van-ów z naszymi rzeczami zawita w nowe miejsce tym razem. 

1 komentarz: