Na mojej drodze do ograniczenia posiadanych rzeczy – tych
zbędnych – dużą przeszkodą był papier. Od czasów przedszkolnych, kiedy dużo
rysowałam i malowałam papier stanowił nieodłączną część mojego życia. W szkole
podstawowej uwielbiałam kupować nowe zeszyty i je zapisywać, dbałam o ich
estetykę i przejrzystość. Nawet na studiach nie uległam presji laptopów i
tabletów, tylko dzielnie kroczyłam z papierem i piórem na wykłady i ćwiczenia.
Do tego stopnia, że trudno było mi się uczyć z drukowanych notatek i skryptów.
I choć pozostałości z czasów szkolnych zostały przeze mnie wyeliminowane to
nadal było dużo „ważnych pism”, do których zajrzę, kiedy będę musiała coś
napisać, wydrukowanych orzeczeń, luźnych notatek „na pamiątkę”. Oczywiście
nigdy potem do tych rzeczy nie zaglądałam, ale BYŁY i przypominały mi o tym, że
MIAŁAM, ROBIŁAM, PISAŁAM, BYŁAM.
Przed moją przeprowadzką musiałam się tych rzeczy pozbyć,
ale nadal nie wszystkich. Wmawiałam sobie, że ich skatalogowanie i opisanie
jest dodatkowym uzasadnieniem/usprawiedliwieniem, że warto je zatrzymać. Tylko
co z tego, skoro teraz jestem w innym miejscu i przez najbliższy czas nie wrócę
do zadań z wtedy. Więc po tym jak te
rzeczy przeprowadziły się ze mną jakieś trzy razy dojrzałam do tego, aby się
ich pozbyć.
Już nie wspomnę o notatnikach, kolorowych post-it,
bloczkach, karteczkach… których w dodatku szkoda było mi używać, bo co się
stanie, kiedy już identycznych nie dostanę?
Dzisiaj znów jestem na etapie pakowania rzeczy i cieszę się,
że tych rzeczy już nie ma. Te, które posiadam (m.in. wspomniane post-it)
regularnie zużywam. Dużym problemem i tak są już książki- kupione, otrzymane,
odziedziczone – ten etap segregacji jeszcze przede mną. Wiem, że trzeba dokonać
wyboru. I nawet najlepiej posegregowane rzeczy, jeśli są nieużywane, nie dadzą
nam radości.
Kocham wszelkiego rodzaju notesy, notesiki, karteluszki i cały ten majdan papierniczy - na szczęście zużywam na bieżąco :)
OdpowiedzUsuń